niedziela, 15 lipca 2012

V. Podróż

     Obudziło mnie słońce, świecące w okno. No tak.. Głupi ja.. tak przyzwyczaiłem się do pochmurnej pogody, że zapomniałem zasunąć żaluzje. Ale skoro już wstałem, to nie ma sensu, próbować zasypiać. Podniosłem się i spojrzałem na zegarek. Było kwadrans po dziewiątej - rodziców już nie było. Jak zwykle, rozpocząłem poranną toaletę, a później pościeliłem łóżko i włączyłem muzykę. Taak.. tego będzie mi na pewno brakowało. Po chwili jednak dostałem sms'a. "Siema, wychodzisz na dwór?" od Adama. Faktycznie.. on nigdy nie przegapi takiej pogody. "Okej, spotkamy się pod metrem" odpowiedziałem. Wyłączyłem radio i zacząłem się ubierać. Nie minęło 10 minut, kiedy zamykałem dom, a po 15 byłem już w drodze, do naszego umówionego miejsca spotkań. Najbliższej stacji metra, położonej od mojego bloku około pięćset metrów. Kolega już na mnie czekał:
- Siema, Ty jak zwykle się spóźniasz!
- Siema.. no niestety, taka moja natura. Co tam porabiałeś? Ostatnio się nie odzywałeś.
- Aa wiesz.. byłem ze starymi na wsi u babci. Było nawet spoko. A Ty?
- Ja? Ja tylko siedzę przed kompem, hehe.
- No jasne. Dobra chyba nie będziemy tu tak stać. Do galerii ? - zaproponował.
- Hmm.. czemu nie, wiesz, że lubię biegać po sklepach. - odpowiedziałem z uśmiechem.
- Ooo nie, nie tym razem! Dzisiaj pójdziemy co najwyżej przejść się między witrynami. W samej księgarni potrafisz siedzieć godzinę. Jak tak dalej będziesz interesował się książkami to w gimnazjum zostaniesz kujonem. Wiesz, w podstawówce nie mamy takich trudnych rzeczy. Mój brat Tomek, też miał takie oceny jak Ty, ale teraz mu się bardzo pogorszyły. Tobie to chyba nie grozi, co? - zapytał i zaczął się śmiać.
- Wiesz.. - zacząłem niepewnie - Tego nie wiem.. nie wiem jaki poziom mają w Anglii..
- Jakiej Anglii? - Zapytał, zbity z tropu - o czym gadasz?
- No.. bo ja.. nie będę już chodził tutaj do szkoły..
- Jak to!?
- Nie stójmy tu, opowiem Ci w drodze - powiedziałem i ruszyłem w kierunku Galerii, która była piętnaście minut drogi od naszego punktu 'zbiórek'.
- Możesz coś w końcu powiedzieć?! - nalegał Adam.
- No bo widzisz.. mój tata z pracy otrzymał propozycję, że może wysłać swoje dziecko do Anglii, do szkoły. Zgodził się, bo twierdzi, że będę miał zapewnioną prace. A jeśli przyłożę się do nauki dostanę lepsze stanowisko. Oczywiście teraz uczyłbym się normalnych rzeczy, ale na poziomie liceum, byłbym wprowadzany w firmę. - kontynuowałem - Mieszkałbym tam cały rok, w jakimś internacie czy coś..
- I co ty się na to zgadasz?! - spytał zaskoczony - Nie masz nic do powiedzenia?
- To nie jest głupi pomysł, wiesz, że zawsze rajcowały mnie inne kraje i kultura - odpowiedziałem w sposób, który miał mówić mu, że rodzice nie zmuszali mnie do niczego.
- Rozumiem. Po prostu nie będę mógł pogodzić się z tym, że straciłem kumpla z ławki - powiedział zgaszonym tonem.
- Ojj przestań, przecież będę wracał na wakacje. Jeszcze pogadamy! Nie przejmuj się, chodź pójdziemy na shake'a. Ja stawiam! - zaproponowałem.
- Oo proszę! Pan hojny się znalazł! - Ale było widać, że poprawił mu się humor.
Resztę dnia spędziliśmy w szampańskich nastrojach. Obeszliśmy galerię i przy stacji metra, rozeszliśmy się.
     Wróciłem do domu około godziny osiemnastej. Rodzice byli już w domu.
- Cześć
- Cześć, gdzie byłeś?
- A w galerii z Adamem.
- Powiedziałeś, mu to na co się umawialiśmy?
- Niestety.
- No cóż, skoro chcesz tam jechać, nie masz innego wyboru. - Powiedziała mama.
- Wiem, nie żałuję, że tam będę.
- Jutro zostanie z tobą tata, a kiedy polecisz czy co tam zrobisz z tym całym Dumbledorem do Londynu, pojedzie do pracy. Tylko pamiętaj, gdyby coś ci nie pasowało, coś było nie tak, to masz uciekać! Zrozumiałeś?
- No jasne.. - powiedziałem i stłumiłem chichot. - A teraz pozwolisz, że pójdę do siebie i będę grał do woli?
- Tylko nie siedź za długo.
- No cóż. Przez cały rok nie będę miał komputera! Może chociaż teraz pozwolisz mi nagrać się do upadłego?
- No wiesz.. jesteś czarodziejem, może lepiej Ci pozwolę, bo mnie jeszcze zamienisz w żabę - zaczęła się nabijać.
- A skąd wiesz? Może potrafię.. hmm?
- Właściwie czemu by nie spróbować. Ale nie na mnie oczywiście! Tylko nie wiem czy tak można.. ten Dumbledore, nie mówił nic na ten temat.
- Ojj przestań mamo, psujesz całą zabawę!
Weszliśmy do salonu.
- Hmm.. co by tu zrobić.. Wiem! Spróbuję, żeby ten wazon przyleciał do mnie!
Dziwne, że na to wcześniej nie wpadłem.. skoro jestem czarodziejem, będę potrafił czarować również bez różdżki. Skupiłem całą uwagę na wazonie i wyciągnąłem prawą rękę, teatralnie przyciągając nią wazon do siebie. Nic jednak się nie stało. Mama znowu się zaśmiała.
- Spokojnie.. spróbuje jeszcze raz! - odpowiedziałem.
Znowu powtórzyłem te same czynności. Nagle wazon zaczął lekko drgać, a po ułamku sekundy, jakby od środka rozsadziło go i rozsypał się po cały pokoju na malutkie kawałeczki. Mama krzyknęła i zasłoniła się rękami.
- No pięknie! - powiedziała już innym tonem - A teraz tą całą magią, masz mi to posprzątać. I wyszła z pokoju.
Oj tam. Pomyślałem sobie. Warto było. Gdybym wiedział wcześniej, że coś takiego potrafię.. Na pewno spróbowałbym tego w szkole! I w pozamagiczny sposób posprzątałem odłamki wazonu, a później poszedłem do pokoju pograć na komputerze.
     - Nie! - powiedziałem
- Nie chcesz? - zapytał głos, szturchając mnie drugi raz.
- NIE! ODEJDŹ! - prawie krzyknąłem
- Na pewno? - ponownie zapytał głos - Nie wiem, ile ten staruszek ma czasu.
- Nie obchodzi mnie to! - odpowiedziałem
- Hmm.. no trudno.. to powiem panu Dumbledorowi, że nie interesuje cię już jego szkoła.
Szkoła, jaka szkoła?
Otworzyłem oczy i usłyszałem śmiech taty.
- Do której wczoraj siedziałeś przy komputerze, co? - zapytał
- Do 3 w nocy
- No to nic dziwnego, że nie chce ci się wstawać, ale wiesz jest już dziesiąta trzydzieści.
- Dziesią.. dziesiąta trzydzieści!? - wychrypiałem - zostało mi pół godziny!? Czemu mnie nie obudziłeś wcześniej?!
- Uwierz mi, że próbowałem.
Natychmiast się zerwałem i zacząłem szykować. Pół godziny! Tyle mam do przybycia Dumbledora.
To był chyba mój rekord. Punkt za pięć jedenasta siedziałem gotowy w salonie z plecakiem, w którym miałem siatkę z monetami.
O równej jedenastej, usłyszałem pukanie. Otworzyłem i zobaczyłem dyrektora Hogwartu w ciemnoniebieskiej szacie.
- Dzień dobry. Jesteś gotów?
- Dzień dobry. Tak, niech pan wejdzie - i gestem zaprosiłem go do środka.
- Witam Pana - przywitał się z moim tatą
- Tak.. Witam. Chciałem zapytać, w jaki, dokładnie sposób odbędzie się ta podróż.
- Jak wspominałem ostatnim razem, odbędzie się przez teleportację łączną. Jednak teleportacja nie działa na aż tak długie dystanse, dlatego będziemy musieli zrobić kilka przerw.
- To znaczy?
- To znaczy, że najpierw telepotujemy się do granicy między Polską, a Niemcami. Następnie do Francji, a z Francji do Londynu. Po zakupach wrócimy tak samo. Odprowadzę syna pod same drzwi.
- Łaaał, Francja! - powiedziałem z szeroko otwartymi oczami
Dumbledore się uśmiechnął.
- Hmm.. no dobrze. Skoro tak. - powiedział tata - Trzymaj się synu. Zobaczymy się wieczorem.
- Na razie tato.
- Chwyć się mojej ręki z łaski swojej - powiedział do mnie staruszek, a ja złapałem go za przedramię, lewej ręki. Wyciągnął różdżkę i powiedział do taty - Do widzenia.
Nagle poczułem jak coś wciąga mnie od środka. Zrobiło się ciemno i poczułem, jakby przeciskano mnie przez ciasną dziurę i nie było takiej możliwości, żebym się przez nią przecisnął. Trwało to sekundę i wszystko ustało. Staliśmy na jakimś polu. Było wietrznie i pochmurno. Strasznie kręciło mi się w głowie, ale po kilku minutach to ustało. Wtedy zapytałem:
- Gdzie jesteśmy?
- Hmm.. Miejscowość ta nazywa się jak przypuszczam - Świebodzin. Jak się czujesz?
- Okropnie..
- Przyzwyczaisz się. Powiedz jak będziesz gotów.
Odczekałem chwile, wziąłem parę głębszych oddechów i powiedziałem.
- Już - chwytając starca za ramię.
Kiedy tylko to zrobiłem od razu poczułem to samo co poprzednio. I tym razem staliśmy na jakimś polu, lecz było mniej wietrznie niż uprzednio. Dumbledore wyprzedzając moje pytanie powiedział:
- Jesteśmy w Onsdorf. Gotów?
Czułem się lepiej niż po wcześniejszej teleportacji więc odpowiedziałem od razu:
- Tak - i dotknąłem ręki dyrektora.
I tym razem staliśmy na polu, lecz było cieplej niż w Polsce i Niemczech.
- Jesteśmy w Calais i od Londynu dzieli nas niewiele. Więc jak?
- Lećmy - odpowiedziałem i chwyciłem go za ramię.
Reakcja była natychmiastowa. Po chwili staliśmy na zatłoczonej ulicy, na przeciw starego pubu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz