Następnego dnia, kiedy opowiedziałem o całym wydarzeniu rodzicom, zdawali się być tak samo zaskoczeni co ja, jednak zapierali się, że nie mieli z tym nic wspólnego. No trudno, może kiedyś się tego dowiem. Kolejny dzień zmarnowałem tak jak poprzedni, ale na swoje usprawiedliwienie miałem to, że na dworze strasznie lało, więc nawet jakbym chciał to nie byłoby sensu nigdzie wychodzić. W poniedziałek było tak samo, choć po południu pogoda zaczęła się poprawiać. Przez chwilę przeszło mi przez myśl, czy aby na pewno nikt nie przyjdzie, po to by kontynuować ten genialny dowcip, ale stwierdziłem, że nawet jeśli, to i tak rodzice by go pogonili (chyba, że jednak maczali w tym palce). Odpędziłem te myśli i wziąłem się za kontynuowanie gry, ponieważ przez moje zamyślenie mój sim prawie by spłonął.
Po jakiejś godzinie, usłyszałem dzwonek do drzwi. Czyżby to aktor? Jednak będzie kolejna część żartu? Zastopowałem grę i poszedłem otworzyć. Moim oczom ukazał się niesamowity widok.. Sowa to było coś, ale to było chyba o wiele, wiele lepsze. Na mojej klatce schodowej stał dyrektor Hogwartu! No nieźle - pomyślałem, teraz dopiero się będzie działo jak tata zobaczy tą całą maskaradę, ale trzeba przyznać, że charakteryzacja była naprawdę genialna, był taki sam jak w filmie. Z resztą nie miałem teraz najmniejszej wątpliwości, że to jakieś jaja. Dumbledore nie żyje. Właśnie zdałem sobie sprawę z własnej głupoty. Jak w ogóle mogłem myśleć o tym, że to może być prawda? Po chwili skapowałem się, że stoję z otwartymi ustami i gapię się na mojego gościa, który przemówił:
- Witam, nazywam się Albus Dumbledore, miałem pojawić się dzisiaj, aby przedstawić twoim opiekunom, co oznacza ten list, mogę wejść? - głos miał identyczny jak dubbing z "Pottera".
Co ja robię? Chyba oszalałem, wpuszczam obcego faceta do domu, ale trzeba wyjaśnić tą sprawę. Momentalnie pojawił się przy mnie tata.
- Witam, to pan jest tym, który tworzy to całe przedstawienie? Czy jest pan tylko aktorem? Proszę pana, aby nie kontynuował pan tej zabawy. Nie mamy na to czasu.
- Witam, jestem Albus Dumbledore, a pański syn otrzymał miejsce w szkole, gdzie jestem dyrektorem. Nie jest to zwyczajna szkoła, to szkoła magii, a pana syn, jest na liście uczniów od urodzenia.
Tata przewrócił oczami, a mi do głowy wpadł pewien pomysł, który po prostu zgasi aktora, nie będzie wiedział co zrobić.
- Skoro jest Pan... yhym.. czarodziejem. To ma pan pewnie... różdzkę, więc może pokaże nam pan jakieś... no nie wiem... czary?
- Ależ oczywiście, oczywiście - odpowiedział "Dumbledore"
Nagle z jego rękawa wysunęła się różdżka. Wyglądała imponująco.. realistycznie, czarna różdżka Dumbledora, lecz ze zdziwienia wyrwało mnie co innego i z resztą nie tylko mnie. Z niezwykłą zwinnością "starzec" machnął nią i w płomieniach stanęła komoda i szafa. Nikt teraz nie zastanawiał się, w jaki sposób to się stało. Tata od razu rzucił się w stronę kuchni po gaśnicę, lecz w połowie momentalnie się zatrzymał, bo szafa powróciła do normalnego stanu, bez ani jednego śladu po chwilowym pożarze. Poddał się, zaniemówił i gestem zaprosił Dumbledora do salonu. Ten z kolei z lekkim uśmiechem kiwnął głową i minął mamę, która od początku oglądała tą sytuację, ale zaniemówiła chyba tak samo jak tata. Dyrektor usiadł w fotelu i poczekał, aż wszyscy troje sami zajmiemy miejsca.
Wena o piątej rano? No no, Michciu szalejesz ;)
OdpowiedzUsuńJa o 5 rano? Skąd! Ten zegarek źle chodzi :D
Usuń